Można różnie oceniać dokonania domorosłych muzykantów o lokalnym zacięciu. Trudno też znaleźć odpowiedni dystans do własnych wytworów, co szczególnie widoczne w niechlubnych przypadkach tzw. "gwiazd". Jeszcze trudniej wspominać o czasie, który minął, od pierwszych prostych, że aż prostackich - lecz za to szczerych - riffów, "plumknięć" basu, czy metalowych rimshotów na werblu o naciągu ze skóry samego Lucyfera. Zmienia się muzyczna moda jak w kalejdoskopie. Najbardziej proces ten widać w muzyce popowej. Trudno nie zauważyć przepaści dzielącej Modern Talking od Britney Spears, Sugababes, czy jakichś rapideł. W sensie technicznym to dystans nie do pokonania, bo "elektrownia" poszła znacząco naprzód. Na przykład nie trzeba już umieć śpiewać, wystarczy podnieść za pomocą komputera o pół tonu linię głosu i wszystko gra, albo "wyszczekiwać" o kiepskim dzieciństwie i braku perspektyw - a do tego głos niepotrzebny, bo się trzy dźwięki skrzypek "zapętli", więc melodia jest, ziomalu. Cóż tu prawić, omawiany gatunek nie wymaga ludzkiej ręki, tylko kilku bitów wprowadzonych do maszyny i "narzuceniu" na to wątłej melodyki (chlubne wyjątki oczywiście są wszędzie). Złośliwi mogliby rzec, że wystarczy dobra komórka i przebój gotowy... Muzyka rockowa, choć zmasakrowana takimi wytworami, jak Tokio Hotel, czy ostatnie płyty Metallicy, pomimo "metalowych" tekstów o najniższym z możliwych poziomów wychodzi jednak obronną ręką. Tu trzeba rozwinąć co najmniej płowę z sześciu warstw kory mózgowej. Z tego całego towarzystwa rock progresywny, czy progresywny metal, albo "intelligent metal"* ostał się nienaruszony. Dlaczego? Bo stawia wysokie wymagania. Być może słuchając naszych ilustracyjnych kompozycji ktośodnajdzie smaczek starego Iron Maiden, Primusa, Opetha, Dream Theater, Liquid Tension, Gordian Knot, Toola, Rusha - to nic nie szkodzi. Będzie to dla nas komplement, bo wymienieni twórcy niewątpliwie wypełnili bogactwem swojej muzyki obszar, szerzej by rzec, ambitnego rocka. Jesteśmy już w wieku, który nakazuje z samego szacunku doceniać głos starszyzny i jej wkład w wiekopomne dzieła. Korzystanie zatem z tego dorobku jest "naszym wspólnym rockowym obowiązkiem".
Vulgivaga to inaczej Afrodyta, czyli bogini miłości. Po prostu przeglądając "Słownik wyrazów obcych" Władysława Kopalińskiego (to kopalnia pomysłów, a do tego bardzo pouczająca księga) wpadła nam w oko ta nazwa i tak zostło. W muzyce zespołu nie ma żadnej ideologii, czy przesłania "do świata", nie ma - dzięki Bogu - tekstów ani nikogo, kto śmiałby wokalnie zakłócić absolutnie czystą formę. Bo tam jest tylko forma, i tak ma na razie pozostać. Każdy układ w kompozycji jest zamierzony i celowy, komplementarny, bądź zawierający celowe dysonanse. Jednakowoż aby nie sprawiać wrażenia sekciarstwa postanowiliśmy nazwać nasze dzieła. Jak bowiem nie nadać imion własnym dzieciom i nazywać je: 1, 2, 3... Nie ma to oczywiście żadnego znaczenia dla "piosenki", tak jak imię, czy horoskop nie wpływa w istotny sposób na los człowieka (a przynajmniej nie ma takich danych). Lepiej z oczywistych względów nazwać utwór "Leonardo da Vinci", czy "Albert Einstein", niż "Adolf Hitler", ale przecież nie można zagrać nutek (bez śpiewania) dajmy na to o Maxie Plancku. Cenimy sobie i Leosia, i Albercika, więc uhonorowaliśmy ich. Nie oznacza to jednak, że w przyszłości nikt nie zaśpiewa w Vulgivaga, ale raczej głos widzimy jako kolejny instrument... no chyba, że komuś z Was wpadnie do głowy pomysł na "klawisze" w naszych kawałkach. A, to wtedy serdecznie zapraszamy, choćby i dziś. A może macie inny pomysł? Zabaw siebie, zabaw kolegów lub rodzinkę rozbuduj sobie muzycznie Vulgivaga. My naprawdę lubimy eksperymentować. Dla jasności przekazu: z muzyką. Jest nas trzech, ale wystarczy, by zrobić sporo hałasu... Jeśli Wam się spodoba, napiszcie dobre słowo, a jeśli nie... to nic nie piszcie, bo i po co...
Marcin Szulc [06.09.2007]
Grałem wcześniej w kilku zespołach. Tu kilka miesięcy, tam rok. A później zespół przestawał istnieć albo po prostu już nie chciało mi się chodzić na próby (bo ileż można zagrać rockowych ballad, czy punkowych protest songów). A Vulgivaga wciąż istnieje. I wciąż z przyjemnością przychodzę na próby.
To, co tworzymy, nie jest dla wszystkich (bo ileż można słuchać 10-15-minutowych utworów, w dodatku bez refrenu o nieszczęśliwej miłości?). Jeśli jednak nie jesteś przesadnym entuzjastą (-tką) wspomnianych refrenów, to gorąco zachęcamy Cię do przestudiowania naszego materiału, który - mamy wielką nadzieję - będzie się nadal, ku Waszej i naszej radości, rozrastał.
Michał Żyliński [29.09.2007]
Bardzo się cieszę, że nasza strona w końcu powstała. Sześć lat, jak z bicza trzasnął!
Moje motto-gram prosto, ale za to nierówno...
Jarek Zych [11.10.2007]